poniedziałek, 30 grudnia 2013

Kosmetyczne hity roku 2013

Dzisiaj podzielę się z Wami moimi ulubieńcami kończącego się już roku 2013. Na podsumowania niekosmetyczne przyjdzie pora jutro:)

Postanowiłam zminimalizować ten post najbardziej jak mogłam, dlatego ulubieńców podzieliłam na cztery kategorie. Jak zaraz zobaczycie, w niektórych ciężko było mi znaleźć nawet trzech:)

Zacznijmy od najbardziej drastycznych zmian, czyli PIELĘGNACJA TWARZY. Tutaj przewróciłam swój świat do góry nogami. Pełen post o tym, jak teraz o nią dbam, juz niedługo. Mogę tylko powiedzieć, że w zasadzie nic mi już nie brakuje:)


Mam skórę bardzo suchą, a co gorsza w okolicach nosa zmierza coraz bardziej w stronę naczynkowej.
Dlatego wśród moich ulubieńców są:
1. Iwostin Solecrin, krem z filtrem SPF50, nie zawiera alkoholu, nawilża, nieźle się wchłania. Po przypudrowaniu nie świecę się jak bombka:) Poza tym, jest to produkt polski, na dodatek w przystępnej cenie. Używałam go całe lato i nadal używam, choć być może przestawię się zimą na nieco lżejszą wersję SPF30. 
2. Organique, balsam do ciała z masłem shea. Jak sama nazwa wskazuje jest to produkt do ciała. Ma jednak świetny skład, wysoką zawartość mocno natłuszczającego masła shea oraz inne oleje. Nic tak dobrze nie radzi sobie z moim odwiecznym problemem wylinki. W prezencie urodzinowym kupiłam sobie duuuży zapas. Szersza recenzja niebawem. 
3. Ziaja nuno peeling enzymatyczny. Ten pan jest na zdjęciu jakby przypadkiem. Moim odkryciem jest po prostu peeling enzymatyczny. Ten domowej roboty, z Biochemii Urody okazał się klapą, bo rzadko miałam ochotę na jego przygotowywanie. Gotowce zdecydowanie podbiły moja pielęgnację, będę szukać kolejnych, jeszcze lepszych. Zniknął problem suchych skórek, znikają zaskórniki. No rewelacja... 

Kolejna kategoria, czyli po prostu CIAŁO:


1. Masło do ciała Flos-Lek, produkt, który otrzymałam na spotkaniu blogerek. Okazał się być zbawieniem dla łuski na nogach. Niesamowicie nawilża, a przede wszystkim na długo. Niestety jest dość trudno dostępne i kosztuje sporo, bo aż około 25zł. To dużo jak na produkt drogeryjny, ale ja na pewno wrócę do niego nie raz.
2. Żele pod prysznic Original Source. Mimo swojej nazwy jest to produkt polski, firmy Luksja. Pokochałam zapachy, choć oczywiście nie wszystkie. Nie wysuszają (te na zdjęciu), myją i są łatwo dostępne. Trzeba uważać, ponieważ poszczególne wersje różnią się składami. Wersja pomarańczowa to mój ulubieniec zimą, natomiast cytryna idealnie orzeźwia latem.
3. Ostatni produkt to krem z filtrem SPF20, przywieziony dla mnie w prezencie z Wysp Kanaryjskich. Piękny skład, brzoskwiniowy zapach i działanie nawilżające. Czego chcieć więcej? Może po prostu by był dostępny w Polsce. Na to niestety nie mam co liczyć, a szkoda, bo to najlepszy ze wszystkich testowanych przeze mnie. 

W kategorii WŁOSY ulubieniec jest tylko jeden:


Maska do włosów z jajkiem, firmy Rosyjska Kosmetyka, dla mnie ideał. Po każdej porażce wracam do niej z podkulonym ogonem. Niestety jest niemal niedostępna na polskim rynku, mam ostatnie opakowanie:( Boję się o życie moich włosów bez niej, bo nie znalazłam nic równie skutecznie nawilżającego i wygładzającego moje porowate włosy. 

Ostatnia kategoria, czyli KOSMETYKI KOLOROWE. Przyznam, że tutaj miałam największy problem. Chciałbym wymienić pół mojej rosnącej w strasznym tempie kosmetyczki. Wybrałam te, które najczęściej gościły na mojej twarzy i na dodatek mają fenomenalny stosunek ceny do jakości.


1. Paletka cieni marki Sensique, znanej też jako Pierre Rene. Tutaj numer 102. Cienie umożliwiają wykonanie dwóch postawowych, dziennych makijaży- ciepłego i chłodnego. Kosztują niecałe 10zł, znajdziemy je w każdej Naturze, a ilość komplementów na temat robionego nimi makijażu ostatnio mnie przytłoczyła. Mam też inne palety w odcieniach nude, ale ta jest zdecydowanie najczęściej używaną. Nie miałam innych wersji, na pewno spróbuję, do wyboru również zestawy matowe. 

2. Tusz do rzęs 3w1 marki MySecret, znowu będącej dzieckiem firmy Pierre Rene. Kolejny produkt za ledwie 10zł, za to świetnej jakości. Długo się trzyma, wydłuża, pogrubia i świetnie rozczesuje rzęsy. Z wyższej półki cenowej jego odpowiednikiem będzie maskara Avon Infinitize, z tym że tutaj nie mamy problemu beznadziejnego, rozlatujacego się opakowania. 

3. Obdarty z napisów korektor Eveline 8w1 rozświetlająco-kryjący. Nie jest to typowy kosmetyk kryjący, natomiast świenie sprawdza się pod oczami. Nie wysusza, przypudrowany długo się trzyma, a przede wszytskim ma na tyle jasny odcień, że nawet bladzioch, zwany mną, może go z powodzeniem używać. 

Jeżeli również robiłyście takie zestewienie, dajcie znać w komentarzach, z przyjemnością poczytam. Taki post to świetne źródło informacji:)

Pozdrawiam ciepło
Milka


czwartek, 12 grudnia 2013

Prosty prezent świąteczny "od serca"

Należę do tych osób, które uważają, że pod choinkę drobiazg należy się każdemu, nieważne czy to mama, ciocia, czy szwagierka wujka babci kuzyna... W moim domu Wigilia nie jest kameralna, zawsze jest nas co najmniej kilkanaście sztuk.

Jak w takim razie obdarować wszystkich, nie zarabiając i absolutnie nie wiedząc, co może się spodobać nowej dziewczynie kuzyna?

Sama nie mam fizycznej możliwości, żeby kupić każdemu prezent. Dla najbliższych owszem, już nawet mam, aż dziw, że nie jak zwykle na ostatnią chwilę, ale mój budżet nie udźwignie kilkunastu prezentów.

W tym roku wraz z moimi młodszymi siostrami postanowiłyśmy podejść do tematu inaczej i przygotować prezenty samodzielnie.

Upieczemy kilka rodzajów ciasteczek, w tym oczywiście pierniczki, zapakujemy, zrobimy ozdobne bileciki i w ten sposób każdy dostanie swój mini zestaw świąteczny. Faktycznie, trzeba się nieźle namachać, ale to chyba więcej warte, niż torebka pełna kupionych cukierków, którą czasem zdarza mi się dostać:)

Tak prezentują się zestawy pierniczków przygotowane na zupełnie inną okazję, mianowicie kiermasz świąteczny:



Na zdjęciu ledwie kilka sztuk, w rzeczywistości piekłyśmy je kilka godzin, takich torebeczek jest kilkadziesiąt:D

W wersji prezentowej zmieszamy kilka różnych rodzajów ciasteczek, wszystkie oczywiście w klimacie świątecznym.

Taki prezent ma jeszcze jedną, bardzo ważną zaletę- dawno nie spędziłyśmy razem tyle czasu, tak dobrze się przy tym bawiąc:)
No i można się zdrowo najeść tymi, które nie wyszły idealnie:D
Dla chętnych- można jeszcze dołożyć kolorowy lukier, ale na nasz gust- za słodko:)
Przepis jest sprawdzony, są pyszne, jeśli ktoś ma ochotę- mogę podać:)

A Wy? Jak radzicie sobie z prezentami dla wszystkich wigilijnych gości? Spędzacie święta rodzinnie, czy w mniejszym gronie? 

niedziela, 8 grudnia 2013

Przeciwwypadaniowy zestaw ratunkowy...


Witam ciepło w zimowy wieczór:)

Nie wiem dlaczego, tylu ludzi narzeka na zimę. Ja ją jeszcze kocham, mimo tego, ile stresu kosztuje mnie aktualnie prowadzenie samochodu... Nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie będzie u mnie tyle śniegu, że starczy na sanki i bałwana:) Za miesiąc będę jej pewnie miała serdecznie dosyć...

Dzisiaj przychodzę do Was z opisem tych produktów, które tej jesieni i zimy dbają o to, zeby włosy z głowy mi nie uciekały. Na początku września jak co roku zaczęły lecieć garściami, na szczęście nauczona doświadczeniem wiedziałam już o co zadbać:)

Odsyłam Was do poprzedniego posta o tej tematyce, w którym znajdziecie więcej moich sprawdzonych sposobów:) O tutaj :)

Przejdźmy do konkretów, czyli co i jak stosowałam w tym roku:



Jak zwykle niezawodna okazała się skrzypokrzywa. Herbatka z pokrzywy, nie dość, że wzmacnia moje cebulki, to jeszcze na dodatek wspomaga utrzymanie prawidłowego poziomu żelaza w mojej wegetariańskiej krwi.

Poza skrzypokrzywą, doustnie stosowałam Vita-miner, w wersji dla kobiet ciężarnych i karmiących:) Dlaczego taki? Bo zawiera więcej żelaza i kwasu foliowego niż zwykłe suplementy. Dostarcza mi to, czego zazwyczaj najbardziej mi brakuje. Poza tym kosztuje około 13zł, a stacza na 60dni kuracji. W czasie jego stosowania zauważyłam po pierwsze mniejszy wypad, ale również wzmocnienie paznokci. Jestem na tak:)

Na spotkaniu blogerek otrzymałam Belissę, którą kiedyś stosowałam i nie zauważyłam spektakularnych efektów. Być może teraz, kiedy lepiej znam swój organizm zauważę coś ciekawego. Kurację dopiero zaczęłam, na razie nie mogę się wypowiedzieć.

Ponieważ moje włosy nie lubią przeciążenia, postawiłam na prosty szampon z SLS. Wybrałam Malwę, czarna rzepa. Po pierwsze pakudnie śmierdzi, po drugie, mimo wielu detergentów w składzie, absolunie się nie pieni. Swoją rolę spełnia, ale jest bardzo niewydajny i na pewno do niego nie wrócę. Jest wiele innych, równie tanich, a lepszych oczyszczających szamponów.

O olejku Heernara i jego wpływie na porost i wypadanie napisano już wiele. Ja pokochałam go za to, że nałożony pół godziny przed myciem, juz po kilku razach znacząco ograniczył wypadanie, a na dodatek genialnie wygładza długość włosa. Jest mega wydajny i mimo stosowania na skalp i długość od sierpnia, wciąż mam połowę butelki. Jedyną wadą jest zapach, mnie przypomina on gotowany seler??

Jeśli chodzi o eliksir przeciw wypadaniu włosów od Green Pharmacy, niewiele mogę powiedzieć. Głównie dlatego, że po prostu alkohol w składzie tego produktu tragicznie wysuszał mi skalp, powodował podrażnienie. Ten pan stoi teraz w mojej łazience i czeka na lepszy czas, albo na kogoś kto go zużyje.

Mimo tego, że w gruncie rzeczy moja walka z wypadaniem opierała się na ledwie 4 produktach, w tym dwóch stosowanych wewnętrznie, uznaję ją za szybko zakończoną. W tym wypadku minimalizm okazał się najlepszym wyjściem:)

Tymczasem życzę Wam miłego wieczoru i zapraszam do siebie ponownie:)
:*
Milka

niedziela, 1 grudnia 2013

Stawiajmy sobie cele, czyli moje wyzwania na grudzień

Moja pesymistyczna wizja świata z poprzedniego posta zupełnie się nie sprawdziła:)
Nowy aparat przyjechał do mnie w piatek, a teraz czeka tylko na nieco ładniejszą pogodę, by dać się lepiej poznać.

A teraz do rzeczy:

Po pierwsze pracuję nad swoim ciałem. Po treningach z Mel B, wiem już, że chociaż prowadząca przypadła mi do gustu i ćwiczenia są skuteczne, to jednak za mało mi zmian poziomu trudności:)
Dlatego biorę udział w skakankowym wyzwaniu u Różowej Klary.
W grudniu będę skakać po USA, natomiast Europę z listopada zamierzam nadrobić w terminie bliżej nieokreślonym:)
Zapraszam i Was, przyłączcie się:)


Co jeszcze czeka na mnie?

Tym razem szukam czegoś bardziej relaksującego niż Mel B. Nie chcę się wyżywać a bardziej relaksować, toteż stawiam na jogę. Nie będę trenować z jedną osobą, a na bazie tego, co już umiem, będę komponować swoje własne sekwesncje:) Podobnie jak wcześniej- min 3 razy w tygodniu, choć z jogą jest łatwiej, bo mini treningi można sobie urządzać np. przy komputerze- jak ja teraz:D


I jeszcze moje prywatne wyzwanie blogowe:)
Chciałbym w tym miesiącu napisać min 8 postów. Dwa razy w tygodniu to chyba optymalna liczba, biorąc pod uwagę moje możliwości czasowe.

Będzie tu:
-denko z ostatnich miesięcy
-kawałeczek mojej kosmetycznej kolekcji
-parę recenzji produktów z ostatniego spotkania blogerów
-tag
-relacja z mojej tegorocznej walki z wypadaniem włosów

Mam nadzieję, że uda mi się sprostać wszystkim wyzwaniom. Was również zachęcam do konretyzowania swoich celów, to naprawdę dodaje motywacji:)

Pozdrawiam ciepło:)
Milka

wtorek, 19 listopada 2013

Ile kosztuje blogowanie, czyli post humorystyczno-żałobny...

Nastrój u mnie jak w tytule, czyli nie wiem, czy się śmiać, cz może lepiej płakać. 

Zaczęłam blogowanie niespełna półtora roku temu. Przez ten czas towarzyszyły mi różne urządzenia, komputery, aparaty.

Mój pierwszy aparat, z którym zaczynałam, robił zdjęcia słabe, bo miał niewiele opcji manualnych, wszystko działo się w automacie. Zrezygnowałam z niego bardzo szybko, bo w sumie już po dwóch miesiącach.

Wspaniałomyślna istota, zwana też moim chłopakiem, zaoferowała mi swój aparat do pomocy. Ten pan wytrwał ze mną długo, bo prawie rok. Pod koniec zaczął szwankować, szybko "zjadał" baterie, tak więc i on poszedł w odstawkę. 

Kolejny aparat, z którym oficjalnie pożegnałam się tydzień temu, był już i droższy i teoretycznie porządniejszy, acz wysłużył w moim domu dobre parę lat. Zdjęcia robił ładne, ale co z tego, kiedy po trzech miesiącach od kiedy go przejęłam patrz punkt wyżej. Zasilanie całkowicie do wymiany.

Podsumowując, w przeciągu półtora roku wykończyłam trzy aparaty fotograficzne i niezliczoną ilość razy błagałam o ratunek dla laptopa. Całkiem niezły wynik prawda?? :) 

Tymczasem nie posiadam aparatu, a w zapasie mam dla Was już tylko dwa posty. Wrzucę je w najbliższym czasie, i nie wiem co dalej. Będę oczywiście rozglądać się za czymś nowym, w rozsądnej cenie, ale to może potrwać. Moje urodziny są w połowie grudnia, toteż pewnie dopiero w tej okolicy pojawi się nowy sprzęt. 

Do tego czasu postaram się cosik jeszcze wyskrobać z odmętów mojego komputera:)

Pozdrawiam Was ciepło i przepraszam, że tak mnie tu mało, mam nadzieję, że to da się zrozumieć. 
Czytam Was namiętnie tylko sama nie mam jak cokolwiek napisać. No przecież nie będę robić zdjęć telefonem... 

:*
Milka

sobota, 26 października 2013

Filtr potrzebny od zaraz??

Dobry wieczór moje drogie:)

Dzisiaj przybywam z moją opinią na temat dzbanka filtrującego firmy Dafi, który otrzymałam prawie pełen miesiąc temu.

Skąd tytuł? Ano, mój dzbanek wywędrował z domu tego samego dnia, kiedy przyjechał. W moim filtry są zamontowane "odgórnie", mam wodę mineralną w kranie.

Filtr podarowałam babci, która mieszka w dość starym już bloku, gdzie woda nie jest najlepszej jakości. Ale zaznaczam, że w miejscowości woda ogólnie jest czysta i można ją pić z kranu bez obaw.

W dużych miastach zdarza się, że jest chlorowana, czy po prostu zanieczyszczona i nawet herbata źle smakuje.

Tymczasem przejdźmy do dzbanka i jego właściwości.



Cały dzbanek jest lekki, plastikowy. Nie wiem jak zachowa się przy zderzeniu z podłogą, wolałam nie ryzykować. Uchwyt jest poręczny, aczkolwiek trzeba trochę zręczności, by swobodnie operować dzbankiem, kiedy jest pełen.

Przydatną opcją jest umieszczony w pokrywie wskaźnik. Możemy ustawić datę następnej wymiany filtra, dzięki czemu na pewno nie zapomnimy o wymianie. Może on swobodnie przefiltrować około 150l wody.

Dzbanek ma niewielką pojemność, samej przefiltrowanej wody mieści się w nim około 1,3l. Z drugiej strony, filtruje dość szybko, więc nie jest to jego wadą. 

Przejdźmy do najważniejszego, czyli jak zmienia się woda pod wpływem filtra.

Przede wszystkim jest smaczniejsza, jakby delikatniejsza. Z zasady nie lubię wody, nie smakuje mi. Muszę przyznać, że po tę filtrowaną sięgam nawet z chęcią. 
Różnica jest też widoczna na czajniku, który się nie zakamienia( no przynajmniej nie w takim tempie), a woda pozostawiona na noc nie zmienia smaku i nie zostawia śladu na kubku. 

Taki dzbanek nie jest dużym wydatkiem, kosztuje w promocji nawet około 30 złotych+ raz w miesiącu filtr, około 10(20 to już zdzierstwo).
Za 10 złotych otrzymujecie czystą, zdatną do picia wodę, nie musicie nosić butelek i jesteście bardziej ekologiczni- mniej plastiku...

Mimo wszystko jednak taka filtrowana woda, pozbawiona jest wartości, które zawiera zwykła. Wraz z zanieczyszczeniami traci też minerały, które przecież są  jej ważną częścią.

Dlatego filrt jest świetną opcją dla tych, którzy czystą wodę mogą jedynie kupić w butelce. Jeśli tak jak ja macie czystą wodę w kranach- możecie z kupna dzbanka zrezygnować, "kranówka" będzie bardziej wartościowa.

Miłego wieczoru:)
Milka

czwartek, 17 października 2013

Na przekór jesieni, czyli pora zadbać o siebie!

Kochane moje towarzyszki:)

Mam dziś do Was ogromną prośbę o odrobinę motywacji. Dzielę się swoimi przemyśleniami publicznie, ponieważ w ten sposób mobilizuję sama siebie.

Dobrze wiemy jak wygląda jesień i zima - szaro, zimno... Nie ma nic lepszego jak tabliczka czekolady, kocyk i książka.

Jestem chuda... Znaczy, tak mówią. Ja sama uważam się za szupłą i dobrze czuję się w swoim ciele. Nie chcę chudnąć, nie zamierzam gubić kilogramów i katować się dietą.

Nie marzę o figurze atletki. Jakieś trzy lata temu żyłam bardzo intensywnie, trenowałam nawet 10 godzin tygodniowo, m.in kickboxing, czy piłkę nożną. Później nieco podupadłam na zdrowiu i moje ćwiczenie się skończyło.

Aktualnie czuję się źle, mając świadomość swojej z każdym dniem słabnącej kondycji. Marzy mi się ładna sylwetka i poczucie zwyczajnego fizycznego zdrowia.

W ramach zmotywowania się podczas wakacji kupiłam sobie wymarzone buty( tak, wiem... Najpierw się ćwiczy, potem kupuje buty:D )... Od czegoś jednak trzeba zacząć:)

Nie znoszę biegać, toteż ograniczę się do ćwiczeń w domowym zaciszu...

Nie obiecuję sobie codziennych, bo nie mam ku temu warunków. Nie chcę zakładać nieosiągalnego, bo będę rozczarowana...

Uroczyście zobowiązuję się ćwiczyć minimum trzy razy w tygodniu, od jutra począwszy. Nie nęci mnie Ewa, próbowałam i się znudziłam. Na początek stwiam na Mel B., spróbuję pociągnąć miesiąc. Później przeniosę się na Killera Jillian na kolejny miesiąc.

Mój cel jest prosty- chcę zyskać nieco pewności siebie.

I mam jeszcze jeden- cały arsenał produktów mających wspomóc rzeźbienie sylwetki, otrzymany na spotkaniu blogerek, tym i poprzednim:)


Stąd i moja prośba... Czy mogłybyście mnie wesprzeć? Potrzebuję motywujących historii:)
A może któraś odważna podejmie wyzwanie ze mną?

Odbędę dziś rytualne mierzenie i focenie... I zobaczymy co z tego wyjdzie:)

Pozdrawiam Was ciepło w ten chłodny wieczór...

Odezwijcie się

Milka

wtorek, 15 października 2013

O trzech kremach do twarzy - dobry, lepszy, najlepszy?

W mojej pielęgnacji jest tak, że często sprawdzony przeze mnie produkt "leci" dalej - do mamy, siostry, czy chłopaka. Sama kupuję sobie następny egzemplarz, tylko pod warunkiem, że był rewelacyjny. Kiepskie sztuki kończą jako krem do stóp:)

Zaznaczam, że mam skrajnie wrażliwą skórę twarzy, wymagającą mocnego nawilżenia i pod tym kątem oceniam kremy:)



O recenzję kremu IsanaMed z mocznikiem prosiłyście już dawno. Muszę przyznać,że ciężko mi go zaopiniować, ponieważ nie mogłam używać go codziennie.

Produkt zamknięty jest w bardzo ciężkim szkle, ma niezbyt miły, mocno chemiczny zapach.
Jest bardzo, bardzo ciężki, choć w zetknięciu ze skórą nabiera miękkości i można go swobodnie rozprowadzić. Mimo tej tłustości nie nawilża skóry spektakularnie, powiedziałabym, że to bardzo przeciętny efekt. Przede wszystkim jednak podrażnia mnie:/ Po porządnym oczyszczeniu twarzy lub dnie spędzonym na wietrze zwyczajnie szczypie. 
Nie nadaje się dla skóry skłonnej do zapychania. Choć moja taka nie jest, mogę go stosować najczęściej co dwa dni, inaczej miałabym wysyp zakórników
Jedynym plusem(?) tego kosmetyku jest jego ogromna wydajność, obawiam się, że nigdy się nie skończy.
Temu panu już dziękujemy, nie zobaczymy się więcej.

Intensywnie nawilżający krem marki Eva jest tutaj tym lepszym:)

Lekkie, plastikowe opakowanie i cudowny zapach świeżo skoszonej łąki:) Rewelacja.
Nawilża nieźle, ma lekką kosystencję, błyskawicznie się wchłania, nie zapycha. 
Niestety ma wadę i to zasadniczą. Nie jest kremem łagodzącym, szczypie podrażnioną skórę. Dla mniej wrażliwej-super, dla tej bardziej niestety nie. 
Ja do niego już nie wrócę, ale niewrażliwej skórze z czystym sumieniem mogę polecić. 


Ostatni z naszych dzisiejszych gości, czyli nowość od Eveline, intensywnie nawilżający krem-żel.

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to świetny skład tego kosmetyku. Kwas hialuronowy naprawdę tam jest:) 
Ma delikatny, przyjemny zapach, i aksamitną kremowo-żelową konsystencję. Łatwo się rozprowadza i szybko wchłania. 
Nawilża i łagodzi podrażnienia, nie boję się go używać. Nie zapycha, chyba nie widzę w nim wad:)
Może jedyną będzie ciężkie szklane opakowanie. 
Wrócę do niego jeszcze nie raz, podobnie jak moja siostra i być może też mój chłopak. Krem jest świetny, szczerze polecam. 


Miałyście do czynienia z tymi kremami? Dajcie znać jak sprawdziły się u Was. 

Muszę opanować bloggera... Nie można tak psuć zdjęc:/

Pozdrawiam ciepło
Milka

sobota, 12 października 2013

Spotkanie blogerek kujawsko-pomorskich i wielki powrót??

Witam ponownie Moje Drogie:)

Nie chcę się tłumaczyć, wypisywać setek powodów, dla których tak długo mnie tu nie było. Mam nadzieję, że liczy się to, że wróciłam, wierzę, że już na stałe. 

W czasie mojej nieobecności wybrałm się na organizowane w Bydgoszczy spotkanie blogerek i dziś zapraszam Was na krótką relację z tegoż spotkania:)

Jednym z gości naszego spotkania była pani fotograf- Marianna Wnuk, to właśnie jej fotografie możecie obejrzeć w tym poście. 


Spotkanie odbyło się w klubokawiarni 1138, to nieduży lokal, ledwie na parę stoliczków, nazwałabym go nieco alternatywnym. 


Na zdjęciu nasze organizatorki i goście:
Nieobecna tego dnia Justyna http://www.hushaaabye.blogspot.com/
Od lewej: Agata i Paulina http://www.frozenmalibu.blogspot.com/
Przedstawicielka firmy Organique
oraz przedstawiciele firmy Decolway.

Spotkanie rozpoczęło się oczywiście od powitania, a następnie wystąpili przedstawiciele firmy Decolway
i opowiedzieli nam nieco o właściwościach i produktach z kolagenu naturalnego. Odniosłam wrażenie, że potrafią wszystko, włącznie z haftem krzyżykowym...



Na zdjęciu Pani Krystyna Derbin i Pan Krzysztof Kaźmierski - zapraszam do odwiedzenia strony internetowej www.decolway.pl Przyznam szczerze, że choć sama prezentacja była zbyt szczegółowa i trochę za długa, to jednak u tych państwa widać wielkie zaangażowanie w swoją pracę i pasję, a to już połowa sukcesu:) Mam nadzieję, że produkt, który dostałam do testów okaże się chociaż w połowie tak skuteczny jak zapewnia producent.

Chwilę po nich krótką prezentację najnowszej linii kosmetyków pokazały nam przedstawicielki firmy Soraya, od których dostałyśmy pachnące żele pod prysznic/balsamy.




A tuż po nich wystąpiła przesymapatyczna i bardzo zestresowana pani z Organique, która urzekła nas swoją opowieścią. Każdy produkt został dokładnie opisany i na dodatek podsunęła nam przeróżne pomysły na ich wykorzystanie, niekoniecznie zgodne z pierwotnym przeznaczeniem:)



Przygotowała dla nas pięknie zapakowane i pachnące podarunki i bardzo zachęciła mnie do wybrania się do sklepu Organique:)

Dopiero w tym momencie zaczęła się zabawa. Miałysmy czas na oglądanie prezentów od sponsorów, ale przede wszystkim na rozmowę i poznanie się. Niestety jak to zazwyczaj bywa, nie miałam okazji poznać przeciwnej strony stołu:( Mimo wszystko spotkanie było przemiłe, mam nadzieję na kolejne w tym samym lub jeszcze większym gronie. Do domu wróciłam dosłownie obładowana torbami. Gdyby nie mój chłopak, bytujący akurat w Bydgoszczy, połowę zostawiłabym po drodze...














I proszę państwa- jedyna zdjęcie na którym nie wyglądam jak nie ja, a nawet dosyć znośnie:D



Od lewej: Ania, Zuzka, ja, a nade mną Agatka oraz Emilka:)

Dziękuję wszystkim dziewczynom, gościom i sponsorom za świetnie spędzony czas, a Wy, moi drodzy czytelnicy spodziewajcie się w najbliższym czasie recenzji otrzymanych produktów:)

A oto wszyscy sponsorzy:



piątek, 7 czerwca 2013

Lakierowe cuda od Golden Rose

Spotkanie blogerek okazało się być jeszcze lepszym niż się spodziewałam, ale niestety moje  uparte ograniczanie kosmetycznej kolekcji spełzło na niczym. Ile zużyłam tyle dostałam... Denko w tym miesiącu będzie przeogromne:)

Dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić lakierami firmy Golden Rose, które okazały się na tyle dobrymi, że mam ochotę wykupić wszystkie kolory. Zaznaczam, że do tej pory nienawidziłam malowania paznokci czym innym niz odżywką, bo wszystkie kolorowe doprowadzały mnie do szału.

Na razie posiadam tylko te trzy kolorki:

225- piękna wakacyjna miętka z delikatnymi drobinkami
245- ni to niebieski ni zielony, trudny do zdefiniowania, cudowny kolorek
no i różowo-czerwony, ładniutka malinka, której numerkek któs z domowników oderwał


Tak prezentuje się niebieski na pazurkach, acz zdjęcie nie oddaje uroku koloru...



Muszę się jednak przyczepić. Czerwień jest znacznie słabsza od pozostałych kolorów, cięzko się ją aplikuje, bardzo długo schnie, a na dodatek ma słaba trwałość. Tego koloru nie polecam niecierpliwym.

Pozostałe są absolutnie genialne. Szybko schną, równo się nakładają i dobrze kryją, niszczą się po około 4 dniach. Rewelacyjna trwałość- dwa mycia włosów i pranie ręczne a tu zaledwie kilka odprysków.
I co ważne- niesamowicie lśnią, tworzą efekt pięknej, gładniej tafli.

Ze szczerego serca polecam i sama na pewno kupię kilka innych. Ta kolekcja przekonała mnie do malowania paznokci:)

piątek, 31 maja 2013

Rodzina Carmex-porównanie

Wydawało mi się, że będę miała za dużo wolnego czasu, jednak ostatni tydzień był mega zwariowany. Czeka na mnie mnóstwo pomysłów na posty, będzie się działo:)

Tymczasem długo przygotowywany post, bo było wiele testowania, czyli subiektywnie o Carmexie.





Składy są do siebie dosyć zbliżone, z jedną zasadniczą różnicą.Wersja klasyczna nie zawiera filtra przeciwsłonecznego, którego rolę w pozostałych pełni oxybenzone, substancja o działaniu rakotwórczym. Nie przekonuje mnie jego stosowanie, więc tutaj zwycięstwo przypada "słoiczkowanemu":)

Jesli chodzi o opakowania, jak wiadomo to tylko kwestia gustu. Słoiczek jest mniej higieniczny i od kiedy udało mi się zapuścić pazury stał się zwyczajnie niewygodny. Wersje w tubce niestety nie stwarzają możliwości wydobycia wszystkiego do końca. Tutaj zwycięża sztyft.

Zapach i smak to dla mnie jedna z najsłabszych cech tego produktu. Tubki są gorzkie, strasznie chemiczne i zwyczajnie nieprzyjemne. Do pozostałych można się przyzwyczaić, ale nie należą do przyjemnych, są raczej neutralne.

Jeśli chodzi o słynne mrowienie, jest ono odczuwalne we wszystkich wypadkach. Słoiczek jest najdelikatniejszy, to uczucie absolutnie mi nie przeszkadza. Wersja w sztyfcie jest najgorsza, podrażnia mnie. Zabierałam się kilkakrotnie i niestety musiałam rezygnować, po kilku minutach pieczenie było nie do zniesienia. Tubki również nie należą do delikatnych,powiedziałabym nawet że suszą, raczej nie przepadam za ich "noszeniem".

Ważnym aspektem w ich przypadku jest konsystencja. Tubki niestety bardzo reagują na temperaturę, raz są twarde jak kamień a innym razem zupełnie płynne. Nie jeden raz udało mi się wylać część produktu, kiedy był jak woda. W pozostałych wypadkach jest ok, ładnie się rozprowadzają. Sztyft pozostawia na ustach solidną warstwę, ale na szczęście nie roluje się.

Najważniejsze, czyli działanie. Słoiczek to takie małe fajne coś, nawilża i wygładza, jest zdecydowanie ok. Wersja w sztyfcie jak dla mnie na nie, ponieważ podrażnia, a tym samym moje usta wysusza. Najsłabsze mimo wszystko są tubki, ponieważ zimą zamarzały na ustach a teraz spływają, na dodatek mają nikłe właściwości pielęgnacyjne.

Niestety muszę napisać jeden mały drobiazg. Kiedy używałam jedynie Carmexów moje usta buntowały się, były spierzchnięte, pękały mi kąciki. Świetne działanie dotyczy tylko opcji, kiedy oprócz nich używam balsamów innej firmy, jakby dla równowagi.
Na pewno sprawdzą się w przypadku osób z opryszczką z powodu zawartości mentolu.

Do tubki i sztyftu nie wrócę, nie umywają się do oryginału. Sztyft się wyprowadzi, bo nie mogę go uzywać, tubki zmęczę. Nad powrotem do słoiczka się zastanowię.


Jak Wasze kontakty z Carmexem?

Pozdrawiam ciepło
:*
Milka


środa, 22 maja 2013

Uuuu... Wracam i jeszcze bardziej nienawidzę fryzjera...

Taak, przede mną ostatni egzamin jutro, i wakacje. 

Szybciutko opowiem co u mnie i przechodzimy do rzeczy. 

Po pierwsze los jest złośliwy i siada mi komputer... Niestety nie wiem, kiedy padnie do końca, może więc nastąpić mała( albo i nie) przerwa. 

Po drugie jestem średnio zadowolona z moich matur. Tzn. wiem, że większośc się postuka, bo ponad 80% to super, ale niestety nie dla mnie i niewiele mi to daje :(

Po trzecie zrobiłam dla Was kilka fotek moich włosów, ale są już nieaktualne... Dlaczego? Bo poszłam do fryzjera podciąć końce, pierwszy raz od stycznia... Pani zaczęła od 3cm, potem okazało się, że jest krzywo i tak straciłam ponad 10... Cacy.. Zrobię nowe zdjęcia i dorzucę później, tymczasem sobie powspominajmy:/

Czerwona kreska to miejsce, do którego teraz sięgają... 





Nie jestem specjalnie szczęśliwa, chociaż emocje już ze mnie zeszły. Po wyjściu chciało mi się płakać. Mam w domu nożyczki, ale obiecałam sobie cięcie w czerwcu, toteż poszłam. I mam nauczkę..

Koniec jęków, od jutra zaczynamy porządne pisanie:)

Pozdrawiam Was ciepło
:*
Milka

wtorek, 16 kwietnia 2013

Malutkie zakupy z dziś...

Od dawna planuję duże zakupy internetowe, jednak one wiążą się po pierwsze z kosztami, po drugie z nieopanowaną chęcią kupienia czegoś niepotrzebnego:D
Z pomocą przychodzi mi lokalny ziółek, w którym składam zamówienie przez internet i rano odbieram. 
Dzięki temu unikam drogeryjnego spontana i ograniczam zapędy zakupowe:)
Kupiłam tylko to, co potrzebne, zajrzyjcie same:)






W moim koszyku wylądowały tylko:
1. Szampon Babuszki Agafii na cedrowym propolisie, wybierałam prawdę mówiąc po urodzie obrazka:D
2. Maska peel-off z migdałem i ogórkiem Himalaya, czytałam o jej sadystycznych zapędach, zamierzam stosować ją punktowo, na strefę T, by pozbyc się zaskórników:)

I tyle ziółka:)
Wpadłąm na moment do Natury, gdzie zgarnęłam najlepszy tusz do rzęs ever, czyli MySecret 3w1 oraz pastę "wybielającą". Niestety mam zęby o bardzo nierównej powierzchni, łatwo ulegają odbarwieniu i co jakiś czas musze potraktować je czymś ścierającym. 


Taka mała ciekawostka. 
Czy ktoś z Was pamięta jeszcze limitkę Essence Vintage District? W mojej naturze nie było jej ani przez moment, bardzo chciałam kilka produktów, niestety moje chętki zostały brutalnie poskromione. 
Obecnie szykuje się już nowa edycja limitowana. 
Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy dziś stanęłam przed szafą i co widzę... Tak, limitkę, której już nigdzie nie ma - w całości, jeszcze nietkniętą. 
Po ogólnym oglądnięciu stwierdzam, że w sumie to niewiele mnie interesuje, skuszę się jedynie na róż do policzków, bo nie mam jeszcze takiej brzoskwinki w kolekcji( która swoją drogą okazuje się być całkiem pokaźną:)).


Pozdrawiam ciepło,
:*
Milka


P.S
Biorę udział w rozdaniu u Dolin. ka
                                            

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Fryzjer-unikać czy nie?

Post z założenia krótki, praktyka pokaże, że kto jak kto, ale ja nie umiem się streszczać:)

Już na początku zaznaczam, że uznaję znaczącą różnicę między unikaniem fryzjera a unikaniem nożyczek.
Wiele osób zapuszczających włosy nie chodzi do fryzjera w obawie przed utratą większości czupryny, co nie da się ukryć często ma miejsce.
Jednak chcąc mieć zdrowe włosy o ładnych końcach trzeba je czasem podcinać. W zależności od typu włosa co dwa miesiące albo co pół roku, grunt, by nie było rozdwojeń.
Sama wiem, że gdybym teraz chciała obciąć wszystko, co zniszczone, musiałabym stracić około 15cm włosia. Na szczęście tylko ostatnie 5 jest kategorycznie do obcięcia i zamierzam ścinać je dalej, stopniowo.
                                               
Źródło
                                                 
Kim jest według mnie fryzjer? Osobą kompetentną, która potrafi nadać fryzurze kształt i w pracy kieruje się swoim doświadczeniem i potrzebami klienta.
Nierzadko okazuje się, że nasz "specjalista" nie ma żadnej z tych cech.

Przykład: W mojej miejscowości pracuje wielu fryzjerów, w różnym wieku i różnej płci. Na pobliskim osiedlu pracuje pani, której salon moja mama określa mianem "z demobilu". I jak zaprzeczyć, skoro salon jest obdrapany, sprzęt z ubiegłej epoki, a na dodatek subtelnie to ujmując jest brudno? Sama fryzjerka wystawia sobie kiepskie świadectwo 15-to centymetrowym odrostem na włosach do pasa, z których ostatnie 30 to porozdwajane siano, co widać na odległość. Często jej włosie jest brudne i potargane.

Kiedy widzimy coś takiego- bezwzględnie UCIEKAĆ!!!

Jeśli potrzebujemy odmiany, nadania kształtu(szczególnie kręconowłose) pierwsze na co powinnismy zwrócić uwagę to włosy fryzjera. Nieważny kolor, ważny kształt fryzury, dopasowanie do twarzy. Tak jak dentysta powinien mieć zadbane zęby, tak fryzjer włosy.

Kolejną rzeczą jest uzywany sprzęt. Wcale nie chodzi o taki najwyższej klasy, chodzi o to, by nikt nie traktował naszych włosów tępymi nożyczkami, a grzebień nie straszył stertą cudzych kłaków-fuuuj.

Ostatnie, a być może najważniejsze, to stosunek do klienta. Poobserwuj kandydata na Twojego fryzjera, czy słucha swoich klientów, jest uprzejmy, wie, co to dwa centymetry i nie zabiera się na sucho do czesania kręconych włosów.

Nie kierujcie się bezwzględnie poleceniem koleżanki, bo osoba świetnie tnąca proste długie włosy, może nie radzić sobie z krótkimi a kręconymi.

Osobiście uważam, że jeśli nasze włosie ładnie się układa i jedyny problem to nieco smętne końce, warto zainwestować w nożyczki i poprosić o cięcie kogoś zaufanego. Fryzjer to dla mnie opcja zapasowa, kiedy wiem, że potrzebuję obcięcia większej warstwy, chcę włosie wycieniować itp. Obcięcie grzywki również należy do mnie:)

niedziela, 14 kwietnia 2013

Bloglovin, czyli ja też się wynoszę:)

Dzisiaj będzie krótko i na temat.
Zacznę od krążących po blogowym świecie rewelacji o zamknięciu Google Reader, co ma mieć związek ze zniknięciem funkcji obserwacji bloga.
Cokolwiek miałoby się wydarzyć w dniu 1 lipca, wolę się nieco zabezpieczyć.
Dołączenie do bloglovin to zaledwie kilka minut, nie trzeba logować się przez Fecebooka, wystarczy e-mail.
Po pierwszych przygodach mogę rzec, że jest bardzo prosty w obsłudze, nawet dla nieznających angielskiego i bardzo przejrzysty.
Dla osób, które nie do końca potrafią sobie poradzić świetny post zamieściła Tamit tutaj, dlatego nie będę się powtarzać :)

Ostrzegam jednak, mała pułapka. Po założeniu konta wejdźcie w swój profil i edytujcie go. Jest tam mnóstwo zaznaczeń, kiedy program ma wysyłać Ci wiadomość, co szybko zapcha Wam skrzynkę.
Proponuję od razu odznaczyć:)

Zapraszam do obserwacji, ikonka po prawej stronie:)




W tym miejscu jeszcze podziękuję moim obserwatorom za miłą niespodziankę, kiedy dołączyłam do Bloglovin', kilkanaście osób już tam na mnie czekało:) Poprawiłyście mi humor, dzięki:)

Wieczorem dodam jeszcze inny post, tymczasem pozdrawiam Was cieplutko:)

:*
Milka

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Squats Challenge, czyli jak wszyscy to i ja:)

Popatrzyłam sobie na te motywujące posty i obrazki u innych i stwierdziłam, że czemu nie?
Chyba sobie nie zaszkodzę:)

Wersji jest mnóstwo, od 5 do 60 przysiadów na start, spróbuję tej hard, choć nie wiem, czy dam radę:)

Dlaczego? Nie jestem gruba, nie mam kompleksów, ale jesli mogę mieć ładniejszą pupę?
Niestety mam genetyczną skłonność do cellulitu i chociaż jestem nie przymierzając chuda i tak mam lekką "gąbkę" na udach.

A nuż odrobina(?) ćwiczeń i balsam ujędrniający uczynią cuda??

Biorę się do roboty, jesli wytrzymam kupię sobie nagrodę:) A w kolejnym miesiącu wezmę na tapetę kolejną partię ciała.

Zapraszam do "zabawy":)


Źródło


Źródło



Źródło


Pozwólcie, że obrazowo nie pokażę efektów, dziwnie czułabym się, dodając zdjęcia pupy:)
:*
Milka

sobota, 6 kwietnia 2013

2:1, czyli dwa cuda i jeden bubel- porównanie masek do włosów, maskowy ulubieniec.

Bardzo lubię takie skondensowane recenzje, można dowiedzieć się czegoś o kilku produktach na raz i wybrać najlepszy da siebie. 

Dzisiaj na tapecie trzy maski do włosów, w tym jedno niemiłe zaskoczenie. 


Na pierwszy ogień coś niemiłego, potem będzie przyjemniej:) 




Nie ukrywam, że jest to dla mnie bardzo przykre zaskoczenie. To bardzo chwalony produkt, wiele włosomaniaczek go poleca. U mnie niestety kompletnie się nie sprawdził.

Po kolei: w zapachu faktycznie czuć gumę do żucia, ale jest to zapach typowo chemiczny, utrzymuje się na włosach bardzo długo, jest dość intesywny. 

Maska jest gęsta, dość wydajna, ale ja mam 750ml (250 oddałam w rozdaniu), więc słabo widzę zużycie. 

Jeśli chodzi o działanie spodziewałam się wygładzenia, blasku. Nie da się ukryć, że wysoko postawiłam poprzeczkę. Wygładzenie obecne, niestety łącznie z obciążeniem. Pierwszego dnia włosy lekko suche, ale gładkie, całkiem nieźle się prezentowały. Drugiego były suchym, sztywnym sianem, na dodatek matowym i przylepionym do głowy. Nadawały się tylko do mycia. 

Niestety, mimo wielu prób i różnych metod, maska okazała się bublem, po jednym użyciu włosy bardzo traciły wizualnie, po kilku-również kondycyjnie. 

Zdecydowanie nie wrócę, natomiast nie odradzam, dla wielu to ulubieniec. Mam jeszcze ponad 500ml, na razie oddałam na użytek siostrze, to baardzo dużo, jeśli coś nam nie służy:(

1l kosztuje 27zł, dostepna w sklepach fryzjerskich i przez internet.


Teraz pora na coś przyjemniejszego:


Ta maska to absolutnie wspaniała niespodzianka, sama nie wiem czemu, skoro ma najwyższą w swojej kategorii ocenę na wizażu:)

Pachnie lekko kokosowo, troszkę jak mleczny Kallos, zapach jest nienachalny. 
Jest gęsta, średnio wydajna. 

Moje włosy po jej użyciu są lekkie, nawilżone, sprężyste, długo zachowują świeżość. Nie puszą się nadmiernie, wyglądają zdrowo. 

Zdecydownie polecam i sama będę wracać. 

Cena jest ogromną zaletą 1l/16zł.



To kosmetyk, którego recenzji jeszcze nie widziałam, mój niepodważalny ulubieniec w kategorii maski:


Termoaktywna maska- Rosyjska Kosmetyka


Ponieważ nie ma go nigdzie zamieszczam skład:



300ml maski kosztuje ok. 13 złotych, ja kupuję ją stacjonarnie, ale dostępna jest też przez internet.

Jak widać skład jest imponujący, sporo ekstraktów, żółtko, nawilżacze i zmiękczacze. 

Takie właśnie są moje włosy po niej- miękkie, nawilżone, lśniące i sypkie. Producent zaleca użycie 1-2 minutowe i nawet w tak krótkim czasie działa, choć nie tak spektakularnie. 

Pachnie przyjemnie, ma średnio gęstą konsystencję, przez co jest bardzo wydajna, no i ten wściekle żółty kolor. 

Zostawiłam połowę, bo bałam się, że będę miała w szafie buble, a wiem, że ona poradzi sobie z każdą masakrą:)  Teraz kiedy wiem, że Coco też sobie radzi, będę ją dalej używać z przyjemnością i na pewno kupię znowu. 



Podsumowując: Coco i Termoaktywną bezwzględnie polecam, zakupu Stapiz żałuję, ale i nie odradzam. 

Recenzje krótkie, ale mam nadzieję, że dały Wam pogląd na te produkty. 

Niestety ze względu na maturę, nie mogę pojawiać się tu tak często jak bym chciała, obiecuję pracę na pełnych obrotach po 20-tym maja. 

Trzymajcie kciuki i dajcie znać, czy miałyście do czynienia z tymi produktami:)

:* 
Milka

P.S. Chcecie aktualizację włosową? Nie czuję potrzeby dodawania jej co miesiąc, ale jeśli jesteście zainteresowane nie ma problemu:)

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Spore denko dwumiesięczne raz...

Dzisiaj odwiedzam Was z postem denkowym z ostatnich dwóch miesięcy. Jest tego więcej niż planowałam, z czego ogromnie się cieszę.


Na pierwszy ogień włosy:


1. Olejek IsanaMed, niemal identyczny jak pomarańczowy, a jednak do tej wersji nie wrócę. 
2. Odzywka kakaowa Ziaja, przyjemny zapach, niezłe działanie, nie ma zachwytu, nie ma dramatu, jestem neutralna. 
3. Hegron b/s, nareszcie koniec! Raczej sie nie polubiliśmy. Recenzja tu
4. Lotion Seboradin z żeń-szeniem, całkiem nieźle działał, sięgnę po brata.
5. Lotion Babuszki Agafii regenerujący, bez szału, ale nie ma alkoholu, a nie przetłuszcza jak Jantar, więc wrócę. 
6. Olej z pestek winogron, miałam dosłownie na dwa użycia, to był miły początek znajomości, wrócę.
7. Maska drożdżowa, wpływ na porost niewidoczny, ale genialne ukojenie dla skalpu, wrócę. 
8. Olej kokosowy, miałam go bardzo długo, polubiliśmy się, mam dwa oleje na bazie kokosa, toteż pozostajemy w przyjaźni.

Pora na twarz:


9. Nivea Soft Rose, blizszy opis tu, na pewno nie wrócę, ale ujdzie, testowana na zwierzętach!
10. Essence puder transparentny stara wersja, bardzo fajny, wrócę za jakiś czas, chwilowo mam zapas innego:)
11. Oliwka Hipp, ulubieniec 2012, opis tu, kiedyś wrócę, stosowałam do demakijażu, mam inne oleje, więc na razie nie jest mi potrzebny, ale szczerze polecam!
12. Oeparol, moje wybawienie tej zimy, recenzja tu, absolutnie wrócę. 
13. W pomarańczowym opakowaniu Ziaja, kuracja lipidowa, emulsja, bardzo fajna, ale ogromna, ciężk ją zużyć, raczej nie wrócę. 
14. Virtual, serum do rzęs, okropny biały kolor, tragiczna konsystencja, zdecydowane nie!
15. Virtual Smoky Glam,tusz niebieski, kosystencja jak wyżej, wyprowadza się na zawsze. 
16. Flos-Lek, żel pod oczy ze świetlikiem, średni, czasem mnie poszczypywał, nie na noc, za słabo nawilża, na dzień ok. 

I zbiernina róznych dziedzin:


17 i 18. Bracia do rąk, Cztery Pory Roku, recenzja tu, nie wrócę, poszukam lepszych.
19 i 20. Original Source, żel pomarańcza lukrecja i cytryna- drzewo herbaciane, świetnie pachną, w promocji warte zakupu. 
21. Serum do biustu Eveline, zdecydowane tak, super kosystencja, bardzo wydajny, piekny zapach i całkiem dobre działanie, wrócę. 
22. Chusteczki nawilżane Dada, biedronka, bardzo mokre, średni zapach, raczej nie wrócę, daleko im do ideału. 
23. Isana Deo, tropikalny, zapach intensywny, długo się utrzymuje, średnia ochrona,osobiści lubię i na pewno wrócę. 
24. Beyonce Pulse, dezodorant, nie wrócę, testowany na zwierzętach, zapach przyjemny, słodki, ochrona nędzna. 
25. Be 4 me, również biedronka, świetna trwałość, wrócę, odpowiednik BeDelicious-zielone jabłuszko.
26i267 Mini Elmex do zębów wrażliwych, jedyna pasta, która nie wywołuje bólu podczas mycia, będę wracać. 
28. Joanna, jedwab do włosów, bardzo ok, ładniy zapach, być może kiedyś wrócę. 


Jak tam Wasze święta? 
Na i denka oczywiście?:)

:* 
Milka






środa, 27 marca 2013

Kolejna porażka od Oriflame, czyli jak spalić sobie powiekę kosmetykiem...

Na poczatku mojego blogowania tutaj pojawił się post o odżywce do rzęs Oriflame, która spowodowała u mnie wprost masakrę. Ponieważ całkiem lubię kolorówkę tej marki, bez większych obaw sięgnęłam po inny kosmetyk-padło na potrójny korektor.




Korektor składa się z trzech części: zielonej na zaczerwienienia, żółtej pod oczy oraz beżowo-brązowej, co do której mam wątpliwości. Producent sam nie wie, do czego to ma słuzyć, dla mnie jest zdecydowanie za ciemna.

Zielona oraz beżowa maja dość przyjemna konsystencję i gdyby nie kolor tej drugiej mogłabym ich swobodnie używać.
Żółta jest bardzo gęsta i pod okiem tworzy efekt jakby kredy, trudno ją dobrze rozprowadzić i błyskawicznie zbiera się w zagłębieniach. Bee...

Tymaczasem przejdźmy do sedna. Dlaczego mówię temu produktowi nie?
Po pierwsze jakość w stosunku do ceny. Ja go dostałam i na pewno nie kupiłabym go za niemal 40zł. Co więcej opakowanie jest fatelne, niemal od razu mi się zapsuło, jest spękane i sklejone:(

I przede wszystkim po dwóch uzyciach zobaczyłam to:
Ładnie napuchnięte prawda?  Ten sam efekt miałam po wspomnianej odżywce.




Mam 18 lat, nie mam zmarszczek. Oko tak spuchło i tak było zaczerwienione, że zmarszczki wzięły się znikąd. Najbardziej przeraża mnie to, że znam ciąg dalszy, wiem jak to wygląda.
Najpierw skóra zaczęła schodzić płatami:


Oko piecze, boli przy dotyku. I będzie się to goić przez najbliższe minimum dwa miesiące-tak było przy odżywce. 

Wiem już, że nigdy więcej nie sięgnę po produkt do oczu tej marki. Lubię cień w kremie i nic więcej, nie będę próbować, za wiele ryzykuję. 

Zdecydowanie odradzam- w tej cenie jest mnóstwo lepszych produktów. 

Macie i kochacie? 
Czy może możecie ostrzec mnie przed innymi produktami o takich skutkach ubocznych?

:*
Milka



środa, 20 marca 2013

Ani włosa w odpływie, czyli długo o tym jak wygrałam z wypadaniem włosów

Ot, miało być co innego, ale umyłam włosy i zobaczyłam to:



Woaa...
I tak oto powstaje post o tym, jak ograniczyłam wypadanie włosów.
Zaznaczam, że jest bardzo spontaniczny, to tylko garstka luźnych spostrzeżeń. 

1. Wrzuciłam na luz. Na początku strasznie się przeraziłam, pobiegłam do sklepu i kupiłam wszystko, co polecali. Nie pomogło, więc jeszcze bardziej się zestresowałam. I tak błędne koło, stres, bo wypad->wypad->stres, bo wypad...  Kiedy oduściłam, zaczęłam na chłodno kalkulować. I odkryłam co moim włosom nie służy.

2. Przede wszystkim okazało się, że moje kłaki bardzo nie lubią, kiedy nakładam na sklap olej na całą noc. Wychodzą wtedy popływać w wannie. Lekarstwo jest proste-olejować skalp na nie więcej niż godzinę. Co jeśli nasza skóra głowy potrzebuje nawilżenia, a my chcemy przyspieszyć porost? U mnie jest tak, że spokojnie mogę nałożyć na noc maskę (oczywiście o odpowiednim składzie), ostatnio namiętnie używałam drożdżowej Babuszki Agafji, może to być też Bingo z ziołami czy drożdżowa, lub nawet nawilżająca odżywka:) Może się tu też sprawdzić kremowanie skalpu. Nadmierne przesuszenie również bywa przyczyną wypadania.

3. Ostrożnie z wcierkami. Sięgnęłam po Seboradin i spotęgował u mnie wypad. Odstawiłam go i wróciłam po tygodniu-zaczął spełniać swoje zadanie. Włosie miało gorszy dzień, być może skalp był podrażniony. Jeśli produkt nam nie służy, nie warto ryzykować. Odłóż, zamień na co innego, a po czasie spróbuj wrócić. Może pomoże? 

4. Zwróć uwagę na nietypowe składniki, które stosujesz. Może jesteś uczulona? Pisałam Wam jakiś czas temu o olejku miętowym jako sposobie na porost. W małym stężeniu mi nie szkodzi. W większym najpierw jest swędzenie, a potem wypadanie. Teraz używam go jako dodatku np. do wcierki czy szamponu, ale w niewielkiej ilości. 

5. Zastanów się jak często myjesz włosy. Czy są już wtedy tłuste, czy po prostu nieświeże. Przetrzymywanie włosów faktycznie pomogło mi w walce z przetłuszczaniem dawno temu, ale może powodować zwiększone wypadanie, szczególnie jeśli na takie brudne włosy nałożymy olej. Jeśli myjesz włosy co kilka dni, bez paniki, jeśli wypada ich sporo, to normalne. Zdjęcie u góry przedstawia odpływ po myciu drugiego dnia. Gdyby był to trzeci/czwarty włosów byłoby więcej, co najmniej kilkadziesiąt. 

6. Poszukaj swojego sposobu. U mnie przciw wypadaniu genialnie sprawdza się nafta kosmetyczna. Wcieram ją przed myciem na pół godziny w sam skalp, efekty-patrz zdjęcie:)

7. Unikaj wysokich upięć i kucyków. Od kiedy moje cebulki znacząco się wzmocniły, mogę je już nosić bez większych strat i przede wszystkim ogromnego bólu. Wczesniej z takiego "kitka" wręcz się sypało. 

8. Jeśli przy myciu zaczyna mi wypadać więcej włosów niż zwykle-sięgam po szampon z SLS. Oczyszczenie pomaga mi odzyskać świeżość włosów i przy okazji odciąża cebulki. 

9. Czasem lekarstwem na wypadanie okazuje się podcięcie włosów. Może się okazać, że włosy, które nie są sprężyste, za bardzo ciążą naszym cebulkom. Zazwyczaj wystarczy centymetr, by poczuć ogromną różnicę:)

10. Zrób badania krwi. U mnie wypad = za niskie żelazo. Ja już to wiem i od razu reaguję. Sprawdź czy Tobie czegoś nie brak, może to na przykład wina hormonów? O sposobach na utrzymanie żelaza w ryzach pisałam tu.


Odsyłam Was również do tegorocznego zestawienia produktów, które mnie wspomagały: Zestaw ratunkowy

:*
Milka


wtorek, 19 marca 2013

Zakupy z tatą - takie rzeczy się nie zdarzają?

Jakiś czas temu moje siostry (ulubienice tatusia) zaciągnęły go siłą do drogerii i ogołociły portfel:)
Zupełnie na żarty przekomarzałam się z nim, dlaczego ja nie doświadczyłam owego przywileju.  W żadnym razie nawet przez chwilę nie pomyslałam, żeby poprosić go o wspólną wizytę w drogerii.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy dostałam dzisiaj sms-a, czy mogę wyjśc z nim na zakupy:)
Jakże mogłabym odmówić:D

Ograniczyłam się do maksymalnego minimum, no tak prawie:)


Jak widzicie zakupy pod znakiem marki Isana:) Polubiłam się z nią, jeszcze nie trafiłam na bubel. 

Potrzebowałam tylko kremu na dzień i dezodorantu, ale skusiłam się jeszcze na jedną z ostatnich butelek wycofywanej odżywki Timotei, osławiony krem do rąk, którego nigdy w moim Rossmanie nie ma i krem na noc z mocznikiem-a nuż okaże się tak dobry jak wersja do rąk? 

Maska baaardzo niepotrzebna, ale żal nie spróbować... To nic, zużyje się:)

Nie ma zupełnie nic z kolorówki- walkę z zakupoholizmem uważam za wygraną!!

Czy wam też zdarzają się takie spontaniczne wypady "cudzym kosztem"?

:* 
Milka

poniedziałek, 18 marca 2013

Gorączka złota, czyli lakier od Essence...

Zasadniczo mam zwykle dość krótkie paznokcie, wynika to głównie z wygody, nie przepadam za ich malowniem. 
Tym razem są tak krótkie przez odżywkę, która je wręcz zmasakrowała, o tym za jakiś czas...

Lakier Essence jest w sam raz dla leniuszków:) 
Bardzo chciałam zrobić ładne zdjęcia, ale lakier tak mocno odbija swiatło, że niezbyt wiele z nich wyszło:)


W tle moja ściana, a na niej wzorki utworzone przez śnieg na oknie:) 

A tymczasem do sedna:

W zasadzie trudno tu mówić o kolorze, jest to lakier Essence, kolor 121 "Gold Fever", w bezbarwnym lakierze zanurzone są złote i czerwone drobinki, mieni sie różnymi odcieniami złota, to bardzo ciepły kolorek, kojarzy mi się z Bożym Narodzeniem:)

+ lakier jest genialny pod względem struktury, jest lekko chropowaty, dzieki czemu nawet jeśli taki niedoschnięty czymś dotkniemy, to nie będzie na nim widocznych odgnieceń, obtarć itp. 
+szybciutko wysycha, żeby uzyskac ładne krycie potrzeba trzech warstw, mimo to schnie błyskawicznie
+ ładny efekt uzyskamy również nakładając jedną warstwę na lakier bazowy lub zwykłą odżywkę, dodaje blasku, nałożony solo nie jest tandetny ani karykaturalny, wciąż efekt nie jest dyskotekowy.


Minusy są bardzo proste:
-średnia trwałość, trzy dni to góra, choć przy tym tempie schnięcia nie jest to dla mnie problem, mogłabym go odswieżać codziennie, na zdjeciu (drugi dzień) już widać lekko starte końce
-odchodzi płatami, nie odpryskuje, to plus czy minus? 
-ciężko nałożyć go na same czubki paznokci, drobinki na to nie pozwalają,
-mało wydajny, po czterech użyciach nie mam połowy opakowania, trzeba go na raz sporo wykorzystać,

Osobiście bardzo się z nim polubiłam, chętnie wypróbuję pozostałe odcienie z tej serii. Jeśli też jesteś lakierowym leniuszkiem-to idealny produkt dla Ciebie:)

Mam cichą nadzieję, że uda mi się odratować pazury po odżywkowej masakrze. Na razie są tylko regularnie podcinane, najbardziej oberwał kciuk i środkowy paluszek( patrz góra-powalajaca długośc:/).

:* 
Milka

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Popularne posty